Po szkodzie

Po chwili załamania wzięłam się w garść. Przypomniałam sobie ulubione powiedzonko mojej warszawskiej Kaśki, silnej i dążącej do celu babki: "Nic nie dzieje się bez przyczyny". Dotarło do mnie, że jeśli w to uwierzę,  to każde niepowodzenie jestem w stanie zamienić w motor do działania ku lepszemu! Gadałam na prawo i lewo o tym dachu, aż znalazłam człowieka, który mi to za grosze! zrobił. Gość z polecenia, jakiś znajomy znajomego (żeby tak nie brać nie wiadomo kogo z internetu... tyle się człowiek naoglądał "Usterek" ;) ) Na dodatek dwie wioski obok mieszka. Szybko, sprawnie i po problemie :) Brakujące dachówki wypatrzyłam na OLX-ie i zakupiłam za grosze nawet ze sporym zapasem, na wypadek gdyby coś tam było trzeba jeszcze wymieniać.
Huuuraaaa! Już mi nie nakapie :)
Przy okazji rozpowiadania znalazłam ekipę (również z polecenia), również okoliczni tubylcy, którzy wolniutko, w przerwach w swojej robocie będą grzebać mi w domu. Mnie się nigdzie póki co nie spieszy, a im to na rękę, bo zastoju w robocie nie ma.
Mają przede wszystkim zająć się podcinką ścian, by zlikwidować zawilgocenie od ziemi, zrobić wylewki w części niewylanej, później zajmą się rozebraniem części komina, czy może raczej wędzarni, która i tak się ledwo trzyma. Bałabym się, gdyby to zostało, że kiedyś spadnie mi na głowę ;)
Martwi mnie, że po raz kolejny nie byłam w stanie wyciągnąć jakiejkolwiek wyceny :( Znowu czekam w napięciu "ile policzą"... no zobaczymy.

Komentarze

Popularne posty